niedziela, 19 czerwca 2016

Wracam od Ciebie do siebie. Pociąg jedzie dokładnie pięć minut. Jest noc. Pada. Nie wzięłam parasola. Pod bluzką czuję jeszcze Twoje ciepłe dłonie. Niżej też. Za oknem nieruchoma ciemność. Trzy minuty. Przygryzam wargi, spuchnięte od Twoich ust.

Zawarliśmy umowę, że nie będę tęsknić. Więc nie tęsknię. Tylko czasami przechodzi mnie dreszcz.

Tam. Wiesz gdzie.

czwartek, 8 października 2015

Tam właśnie jadę. Jutro.

Istnieją miasta, o których nie wiesz. Możesz tam przybyć i zacząć od nowa. Zawsze jest jakieś miejsce, w którym możesz zacząć od nowa. Gdyby takie miejsca nie istniały, byłoby nieznośnie. Zerwałem z własnym miastem. Zatęskniłem za innym rogiem, który mógłbym okrążać. Zatęskniłem za klatkami schodowymi z innymi drzwiami, za ulicami z nowymi rynsztokami. Pozbierałem wszystkie swoje letnie miesiące i wszystkie swoje adresy, ale zgubiłem pory roku i klucze.

Lars Saabye Christensen, Odpływ

środa, 16 września 2015

Finlandia

A wszystkie twoje ekscesy, to co najwyżej jeden grudniowy wieczór, wyolbrzymione jakieś kaprysy. Że się kiedyś, w ramach eksperymentu socjologicznego, upiłaś żurawinową finlandią. Tak ohydną i niedorzecznie różową, że do tej pory czujesz niesmak. Reguły eksperymentu nakazywały picie zuchwałe i nieprzerwane. Upiłaś się zaraz po drugiej czy trzeciej szklaneczce, literatce, tak zwanej. Było ci bardzo do śmiechu, ponieważ wszyscy traktowali cię jak pijaną, a ty się czułaś trzeźwa, jak nigdy przedtem. Pośmiałaś się jeszcze na schodach, nie mogąc trafić w stopnie. W łóżku już nie chichotałaś, już leżałaś na płasko i nie odważyłaś się poruszyć żadną z licznych tej nocy kończyn. Świat wirował lub twoja głowa wirowała - tu przerosła cię fizyka. Natomiast jednego byłaś pewna - zawartość żołądka niebezpiecznie podchodziła ci do gardła. Jakby tego było mało, przypomniałaś sobie o swoich szarych komórkach - że alkohol jest dla nich śmiertelnym zagrożeniem! I już ci się chciało płakać, bo z natury nie jesteś błyskotliwa, a tu jeszcze ukatrupiłaś część mózgu. W ramach eksperymentu! Socjologicznego!

środa, 2 września 2015


To jest moja babcia i mój dziadek - tych dwoje z tyłu. Ustawiono ich na tle pomalowanym w kwiaty. Nie wiem, ani w którym roku, ani gdzie. Czy już na Ziemiach Odzyskanych, czy jeszcze na Suwalszczyźnie. Rodzice ojca. Jedni twierdzą, że jestem podobna do babci. Czasami mówią, że jednak do dziadka - to ci którym udało się go poznać osobiście, a więc nieliczni. Na tym zdjęciu moi dziadkowie nie są jeszcze moimi dziadkami. Możliwe, że są w moim wieku. Prawdopodobnie nie przypuszczali nawet, że kiedykolwiek będą starzy. Ja, na przykład, nie zaprzątam sobie tym głowy. Zresztą, dziadek nie zdążył się zestarzeć. Mogli być tutaj młodym małżeństwem. Zakładam również, że znaleźli się na zdjęciu, ponieważ zostali rodzicami chrzestnymi dziecka. Nie wiem kto ich poprosił - pan w wyglansowanych oficerkach, czy pani w ciężkich buciorach ukrytych pod białymi sukienkami? Pani, choć to przecież dziewczyna ledwie, jest nieco przestraszona. Ma duże pełne usta i ciemne oczy. Jej mąż-chłopiec, przystojny jak marzenie. Myślę sobie, że ta dziecinna dwójka nie mogła być rodzicami. Przecież na taką uroczystość jak chrzest, wyciągano najlepsze stroje. Wkładano buty kościelne, noszone raz w tygodniu na sumę. A oni, jakby odeszli na chwilę od pracy w obejściu. Być może byli ubodzy. Ubożsi od moich biednych dziadków, którzy nie mieli nic.

środa, 26 sierpnia 2015

Z miast pierwszy był Białystok. Mniej więcej od sezonu 93/94 bywaliśmy tu regularnie. Pamiętam zimowe wyprawy naszym czerwonym audi. Wyjeżdżaliśmy nad ranem. Mróz trzeszczał pod stopami. Rodzice pakowali nas na tylną kanapę, układali jak w łóżku - z poduszkami i kocami. To nie było daleko, mniej niż 200 km, ale audi miało przeważnie łyse opony, więc podróż się mocno wydłużała. Później pamiętam lato w Białymstoku. Było upalne. Wieczorami chodziliśmy po Nowym Mieście. Z balkonu dało się oglądać caluteńki świat i wszechświat. Nigdy wcześniej nie widziałam tylu świateł. Następnie długo, długo nic. Jakieś krótkie wizyty: kawa, herbata, ciasto ze śliwkami. I teraz - póki co pięć miesięcy. Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że zamieszkam w Białym, to bym go wyśmiała. Pięć miesięcy, które było dla mnie dobre. Białystok jest OK. I ciągle wschodzi.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Na przykład z dzieciństwa pamiętam, że z U. chodziłam do biblioteki. U. jest moją matką chrzestną i bardzo poważnie angażowała się w moje wychowanie. Nasze wycieczki mogły odbywać się tylko w wakacje, ponieważ U. studiowała na drugim końcu świata, ja byłam szczylem, który nawet nie czytał. Wyprawa polegała na tym, że U. wpadała po mnie do domu i maszerowałyśmy przez naszą małą wieś. Trzymałam ją mocno za rękę - trochę histeryzowała, że samochody szybko jeżdżą, że uważaj, patrz pod nogi, nie kręć się. Szłam dzielnie, podekscytowana tym co mnie czeka. Wstępowałyśmy po trzech schodkach do mrocznego budynku, w którym mieścił się również urząd gminy, przechodziłyśmy przez dwa pomieszczenia wypełnione po sufit książkami - najpierw był dział dziecięcy, przechodziłyśmy przez literaturę polską, docierałyśmy do części z ogromnymi księgami historycznymi. U. przeglądała poszczególne tomy, wyszukiwała pozycje, które jej się przydadzą. Ja siadałam na podłodze, pokrytej czerwoną wykładziną. Tę wykładzinę pamiętam bardzo intensywnie, z czasem została zastąpiona zimnymi płytkami. Wybierałam sobie książki z najniższych półek, kierując się przy tym, o zgrozo! wyglądem okładki - uwielbiałam te skóropodobne, z pożółkłymi kartkami. Przekładałam strony, nic z nich nie rozumiejąc. Nie nudziłam się nigdy! Przebywanie w jednym pomieszczeniu z książkami dawało mi nieziemską satysfakcję. U. wracała zawsze obładowana po uszy. W drodze powrotnej wstępowałyśmy jeszcze na lody z budki. Te nasze wycieczki powtarzały się w regularnych, kilkudniowych odstępach.

poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Wyrzucam sobie, że moje życie jest bez sensu. Nigdzie nie byłam i donikąd mnie nie gna, to znaczy na wakacje nie potrzebuję dalekich wojaży. Po pracy, gdy mam choć jeden dodatkowy wolny dzień wsiadam w pociąg i w ciągu dwóch godzin jestem w domu. Tu chcę być. I nic ciekawego nie robię. Kompletnie nic. Czasami kleję pierogi, innym razem mieszam w garnku soczewicę z cukinią. Rano piję na tarasie herbatę, później na tym samym tarasie czytam. Jeżdżę rowerem. Wybieram drogi których nie znam, często się gubię, wracam po swoich śladach, zaczyna od nowa. Tych ścieżek nigdy nie jest dość. Tworzą zaskakujące labirynty, przeplatają się ze sobą. Wspinam się na wzgórza. Łydki aż pękają. Z góry wszystko jest piękne. Tak, piękne - do bólu banalne, jak na tanim landszafcie. Przeważnie wiozę ze sobą aparat. Przykładam oko do wizjera i zaraz odkładam aparat do torby. Na zdjęciu to będzie po prostu pole i las, żwirowa droga, jakich wiele. Wracam okurzona i prześwietlona słońcem. Pamiętam ubiegły rok, ostatnie tygodnie sierpnia, zarazem ostatnie wakacje w tym życiu. Łapczywie pożerałam słodkie chmury, płynące leniwie nad naszą, wijącą się serpentynami, rzeką. Zjeżdżałam pędem z pagórków, obszczekiwana przez poczciwych burków. To było to! A jak pachniało!





środa, 12 sierpnia 2015

(..) zbierając po drodze opadłe papierówki i śliwki, które nabrzmiewają od słońca i wabią swoim rozpasanym słodkim ciałem osy i bąki
Olga Tokarczuk, Księgi Jakubowe 

niedziela, 9 sierpnia 2015

Czy mówiłam już, że najsmaczniejsze i najbardziej wymarzone są dojrzałe pomidory? Ze szczyptą soli, słodziutkie i soczyste. Gdy sok spływa po rękach i plami jasne sukienki? Same albo z chlebem, masłem i cebulką. Hodowane w przydomowym ogródku, zrywane kiedy ci tylko przyjdzie ochota.

czwartek, 7 maja 2015

Powiem ci, że o życiu to ja wiem niewiele. Tyle co pożyłam dwadzieścia parę lat pod różową chmurą, w powiewach letniego wiatru kąpana. Się nie znam i nie zagłębiam, a jak mi się nie podoba to zabieram mandżur i już mnie nie ma. Ale powiem ci, bo to akurat wiem, bardzo dobrze przyswoiłam, to było jasne nawet wśród wat cukrowych i ciepłych skarpet od babci, że jak się  boisz codziennie, jak ci w żołądku coś wierci, to jest źle. Tak być nie może. Trzeba wciągnąć powietrze, aż zaboli. Po same pięty zaczerpnąć tlenu i powiedzieć DOŚĆ. Działać. Pokrzyczeć czasami i popłakać. Niech się wszystkie tamy otworzą. A później zrobić COŚ. Zmienić, pazurami wydrapać dla siebie skrawek przestrzeni i nie dawać się wirowi zdarzeń. Tak ci mówię. Pamiętaj.

sobota, 2 maja 2015

Wędrówka ludu. Odejść ze swojej wsi, odejść ze swojego miasteczka, wyrwać się przeznaczeniu. Zostać kimś innym.

Andrzej Stasiuk, Wschód

czwartek, 5 marca 2015

Zaczęłam następny etap. Dokładnie dziś o 5:35, dlatego chce mi się spać. Przejechałam trochę kilometrów inter regio a trochę pekaesem. Się uczę teraz innych ulic i tras empeków, biegam, i układam sobie życie i ubrania w nowej szafie. Mam jakby depresję, bo mi tęskno za tamtym oraz mrowienie w podrzebrzu się odzywa - z ciekawości i ze strachu przed tym. Na zmianę łupi w głowie, pulsuje i drży, i o, matko! Na karuzeli jestem. Gdy się wiruje, wiruje, że och! To jest przecież słodko, rozkosznie, liże się niebo bajeczne, ziemia daleko-blisko, daleko-blisko, ale rzygać też się chce, Wiadomo, że błędnik, żołądek to byty niezależne.

niedziela, 18 stycznia 2015

Wielka literatura

Stoję na przystanku, autobus się spóźnia. Wyłączam się z Poznania i nudnej aury ni to zimowej, ni wiosennej. Trzeba się zmuszać, żeby być szczęśliwym, albo dużo kombinować. Więc wychodzę, przechodzę w świat z książek. Dął w nich wiatr, zacinał deszcz, a ona, czy on nie mieli ciepłego palta. Prawda, że to romantyczne? Marzli na trotuarach wielkich miast. Wieczorami pisywali piosenki i wiersze o miłości, a jakże! A im bardziej byli głodni, tym wznioślejsze strofy powstawały. Mnie też jest zimno, bo nie potrafię spamiętać o czapkach, szalikach i rękawicach. Dlatego przestawiam się na prozę/poezję, jestem w prozie/poezji, więc przemoknięte skarpetki nie doskwierają zanadto. Z mokrych skarpet wykiełkować może, oprócz przeziębienia, również wiekopomny sonet. Ja, tak jak ci-tamci z auto- i biografii, z gruźlicą, już prątkującą, na skraju, między życiem i śmiercią, na przystanku stoję, ale nie tylko, bo jestem elementem większej całości i rokuję tym bardziej obiecująco, im silniejsze dreszcze na grzbiecie odczuwam. Tak sobie mówię, że może jak mnie grypa złoży, to mi w życie romantyzm i wielka literatura zawita.